Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 listopada 2016

Piękna nasza Polska cała czyli wielokulturowość Podlasia



 W związku z 11 listopada post o różnorodności kulturowej Polski
Dzisiaj jeszcze jedno wspomnienie z Podlasia - meczety w Bohonikach i Kruszynianach. Mieszkają tam polscy Tatarzy już od XVII wieku, czyli niespokojnych czasów wojen szwedzkich. Zamiast żołdu (deficyt w królewskiej kasie) darowano im ziemię, możliwość ożenku z polskimi kobietami (chociaż nie wiem czy to nie był warunek konieczny). Mogli zachować swoją wiarę i wybudować meczety. 

  Kruszyniany

  Kruszyniany 
  Bohoniki 

Budynki w swojej architekturze są dość skromne, podobno dlatego, że Tatarzy znali się na walce i wojnie, a nie na budownictwie. Zlecili zadanie polskim, miejscowym majstrom, którzy potrafili budować  z materiału, którego było pod dostatkiem. W związku z tym powstały drewniane meczety z niewielkimi minaretami.

Tatarscy żołnierze nazwiska przyjęli od swoich żon. Nie wiedziałam, że nazwisko Kozakiewicz jest tatarskie!!!. Wielu polskich tatarów wyjechało za chlebem do Ameryki m.in. aktor Charles Bronson.
 Opiekun meczetu w Kruszynianach powiedział, że często turyści pytają go czy czuje się Polakiem, a on zawsze odpowiada, że JEST POLAKIEM, ma tylko inną wiarę i azjatyckie korzenie.
Jeśli będziecie w Kruszynianach albo Bohonikach warto jeszcze zobaczyć mizar, czyli cmentarz. Są na nim groby tatarów z całej Polski, w ich zwyczaju umarłych trzeba pochować na nowym miejscu, dlatego mizar się rozrasta. Zaraz za bramą znajdują się najstarsze groby,    



a potem te współczesne, zresztą zupełnie podobne do naszych. Stare groby to dwa duże kamienie, jeden ułożony w „głowie” i zorientowany na wschód, a drugi, mniejszy w „nogach”, a pomiędzy nimi małe kamyki jak obwódka, zarys spoczywającego w ziemi ciała.
To zdjęcie współczesnego  grobu-  to chyba grób imama, bo w zasadzie pozostałe pomniki od strony wschodniej mają napis po arabsku, a z drugiej po polsku. 

Oba meczety można zwiedzić, mieliśmy takie szczęście, że zupełnie przez przypadek przyjechaliśmy do Bohonik w piątek przed 13.00. Z głośnika w minarecie rozlegał się głos wzywający na modlitwę. Zaciekawieni podeszliśmy, żeby się zorientować, czy będzie można wejść do środka. Miła starsza pani, w chustce na głowie, poinformowała nas, że musimy trochę poczekać. Siedliśmy na ławeczce,  w cieniu meczetu i zobaczyliśmy ciekawą scenkę: przyszedł jakiś pan, siadł niedaleko na ławce, zdjął buty i skarpety, odkręcił kran, który był obok ławki, umył nogi, uszy (!) i wszedł do środka. Było dość gorąco i drzwi oraz okna były otwarte. Mogliśmy usłyszeć modlitwę i podejrzeć jak się modlą...ale ponieważ nie  chcieliśmy przeszkadzać i nie wiedzieliśmy jak długo trzeba będzie czekać,  poszliśmy na drugą stronę ulicy coś zjeść. Mała restauracja, a w zasadzie bardziej bar z domowym, tatarskim jedzeniem. Zamówiłam pieriekaczewnik  z serem i rodzynkami (chyba tak to się nazywało), To był kawałek jakby ciasta francuskiego albo ciasta na strudel z nadzieniem, podany na ciepło, była jeszcze wersja z jabłkami i cynamonem i wersja słona z kapustą i grzybami....pyszne. Akurat skończyliśmy jeść kiedy z meczetu zaczęli wychodzić ludzie. "Starsza pani" zdjęła chustkę, ręką poprawiła krótkie włosy i zaprosiła wszystkich do środka, bo w międzyczasie zdążyły nadjechać dwa autokary z turystami. Ale zmieściliśmy się wszyscy. Poproszono nas o zdjęcie butów i zostawienie ich w przedsionku. Ponieważ nie trwała już modlitwa, kobiety mogły wejść do głównej części, a nie tylko do części żeńskiej. Siedliśmy na podłodze, na dywanie, gdzie kto mógł.  I nasza "miła starsza pani" zaczęła opowieść  

o tym, skąd w ogóle TATARZY w Bohonikach, o ich zwyczajach, trochę o islamie,  o ceremoniach ślubów, pogrzebów. Po prostu o ich życiu, opowieść była bardzo ciekawa i w żywy sposób przekazana. Potem, w drugim meczecie usłyszeliśmy znowu historię Tatarów, ale ponieważ mówił miejscowy przewodnik, więc zwracał uwagę na inne aspekty ich życia. Zresztą ciekawiło nas wszystko, a mówca chętnie udzielał odpowiedzi na zadane pytania. Również jego z uwagą wysłuchaliśmy,  Myśleliśmy że jest imamem, ale sprostował, że tylko opiekunem meczetu, zresztą ma żonę, katoliczkę...hm... to by chyba wyjaśniało dlaczego zna tyle dowcipów o teściowych :)
Jeśli planujecie wakacyjne podróże warto przyjechać na Podlasie,
Nawiasem mówiąc nie jest to cykl postów sponsorowanych  :)

niedziela, 6 listopada 2016

Podlasie w pigułce czyli cd. podróże małe i duże

Za oknem raczej smutna, deszczowa pogoda... Zapraszam Was do obejrzenia wakacyjnych zdjęć z Podlasia. Mieliśmy tylko pięć dni na zwiedzanie, ale za to dość intensywnych.
Z czym kojarzył mi się ten region Polski... z drewnianą architekturą, cerkwiami, ale również z tym muralem "Legenda o wielkoludach" autorka - Natalia Rak. Zobaczcie sami, czyż nie jest genialny? (drzewko jest prawdziwe).

Ale po kolei... Pierwszy nocleg w Tykocinie, w domku nad Narwią, a rano śniadanie z widokiem na leniwie płynącą  rzekę.
I wyjście na rynek, przy którym stoi barokowy kościół p.w. Trójcy Świętej


 We wnętrzu rokokowe organy

  Obok kościoła, Alumnat  czyli budynek znany z filmu "U Pana Boga za piecem"  (wybudowany w XVII w. dla inwalidów wojennych),
Mieści się w nim restauracja, chcieliśmy do niej wejść, ale niestety nie udało nam się... najpierw właśnie zamykali bo przyjechaliśmy po 22.00, a następnego dnia było jeszcze za wcześnie, bo otwierali o 12.00.. No cóż, może innym razem. Ale za to zwiedziliśmy muzeum  w Wielkiej Synagodze.

 W środku zwiedza się z audio-przewodnikiem, słuchawki na uszy i można zanurzyć się w historii tego miejsca , poniżej birma, a za gablotami, stojącymi przy ścianach okna babińca



Żydowskie kobiety siedziały w babińcu i miały widok tylko zza krat...


 Potem jeszcze drugi budynek muzeum - Dom Talmudyczny z wnętrzami  z XIX wieku, ale niestety nie mam zdjęć ze środka.
Jeszcze krótki spacer po uliczkach Tykocina i wyjazd do zamku na drugą stronę Narwi.
Jak powiedział nam przewodnik to najstarszy i jednocześnie najmłodszy zamek na Podlasiu.... po prostu innych zamków nie ma. Zresztą ten został wybudowany współcześnie na ruinie starego historycznego zamku, zburzonego w czasie wojen szwedzkich.



 Zamek jest wzorowany na innych tego typu obiektach, bo żadne ryciny nie zachowały się do naszych czasów, niestety trochę za wcześnie go zburzono, moda na rysowanie ruin to XVIII/XIX wiek . Zostały tylko fundamenty, a reszta to wyobraźnia architekta. Podobno ilość komnat, drzwi i okien się zgadza z księgami inwentarzowymi (które się zachowały), ale wygląd elewacji i rozkład pomieszczeń to już wizja teraźniejszego architekta . Zamek współczesny, ale w historycznym miejscu, a przewodnik ciekawie i z prawdziwą pasją  opowiada o historii, więc warto było zapłacić za bilet. W środku kilka ciekawych eksponatów związanych z tym miejscem i piękny, ogromny kaflowy piec. Podobno król Zygmunt August który zmarł w Knyszynie na polowaniu w 1572 roku został przywieziony do zamku, jego ciało (odpowiednio spreparowano) i leżało w piwnicy, w lodowni, ponad rok  Czekano na wybór nowego króla, a potem jego przyjazd do Polski. Pogrzeb, zresztą bardzo uroczysty odbył się w Krakowie.
Jak widać na zdjęciach odbudowa  zamku się jeszcze nie skończyła...  Hm.... nowy zamek ma może pewną przewagę nad starymi, autentycznymi zamkami... jaką? po prostu  izolacje przeciwwilgociowe, a w efekcie brak tego charakterystycznego zapachu wilgotnych, zatęchłych lochów, ale chłód w piwnicy pozostał :).

Wieczorem dojechaliśmy na kemping w Białymstoku, ale o tym w następnym poście.
Serdecznie Was pozdrawiam, a zwłaszcza tych, którzy dotrwali do końca tego tekstu :)

I jeszcze temat do przemyśleń: lepiej zostawić autentyczną, ale zabezpieczoną ruinę czy budować nowy zamek? Jestem ciekawa jakie jest Wasze zdanie.

środa, 11 maja 2016

Majówka na Morawach czyli podróże małe i duże

Wróciliśmy z majówki w dobrych humorach. Wbrew moim obawom pogoda była piękna. Oglądając prognozy pogody nastawiłam się na chłód i deszcz... a sobota powitała nas słońcem i prawie bezchmurnym niebem. Jeśli dodacie do tego miłe towarzystwo i piękne widoki to czegóż trzeba więcej ;)
Na Morawach wiosna już w pełnym rozkwicie, całe pola pełne żółtego rzepaku. Chodziliśmy po lasach bukowych, a nawet po lipowym lesie!  A wszędzie taka wiosenna zieloność .... słońce przeświecające przez młode listki... zresztą zobaczcie sami... 


Ale po kolei... przyjechaliśmy na miejsce późno w nocy, a rano z okien zobaczyłam  takie widoki


 
 
 Mieszkaliśmy pod zamkiem Buchlow w pensjonacie przerobionym z dawnych zabudowań gospodarczych. Tak wygląda wspólna sala,  spostrzegawczy obserwator zauważy pod schodami niedźwiedzia!

 
Tym razem wycieczka miała być bardzo łatwa, niewielkie podejścia, ładne widoki (również z wież widokowych), zamki, winnice i lasy bukowe. Pasmo górskie, które było naszym celem to Chriby... malownicze niewysokie pagórki i grzbiety ze skałkami. Trasy są dość dobrze oznakowane. Czesi oprócz szlaków dla turystów pieszych  mają mnóstwo tras rowerowych, a na szlaku zadaszone miejsca do spożycia posiłków często w pobliżu źródełka czyli studanki. W wielu miejscach są też wieże widokowe czyli vychlidki. Weszliśmy na taką wieżę na górze, która nazywała się Brdo 



Trzeba kupić bilet wstępu, ale warto, aby można było podziwiać takie widoki



  Inną atrakcję okolicy stanowią zamki hrady i pałace w różnym stopniu zachowania. Oprócz zamku Buchlow, pod którym mieszkaliśmy zwiedziliśmy hrad Cimburk czyli zabezpieczoną ruinę, która jest remontowana przez miejscowe bractwo rycerskie





A tu poniżej stylowe popielniczki, które stały na stołach przed kasą zamku. Bo to chyba popielniczki? Nie było przy nich instrukcji :)

  A przede wszystkim lasy - wysokie, majestatyczne drzewa.
 Dwa światy - świetlisty bukowy las i mroczny, gęsty świerkowy.... miałam skojarzenia z Władcą Pierścieni królestwem Elfów i  mrocznym Mordorem.




Zrobiliśmy jeszcze wycieczkę do Pavlova i Mikulowa w rejon winnic, ale niestety nie mam zdjęć z tego dnia. Na koniec zostawiliśmy sobie zwiedzanie Buchlova i pałacu oraz parku w Buchlovicach. Mieliśmy okazję na własnej skórze poczuć różnicę między starym zamczyskiem a pałacem. Stanowczo wolałabym mieszkać w pałacu :) i do tego z takim parkiem. Całe założenie jest niewielkie, ale dobrze utrzymane. Pałac otacza park - w pobliżu budynku- geometryczny w stylu francuskim z przystrzyżonymi żywopłotami i formowaną roślinnością, który przechodzi w park w stylu angielskim z nieregularnymi ścieżkami,
polankami i widokami. A do tego właśnie kwitły drzewa i krzewy ... po prostu bajka. I ten po prostu obłędny świergot ptaków.
 




czwartek, 22 października 2015

Wycieczka w Jaseniky czyli podróże małe i duże

W ostatni tydzień września zrobiliśmy wycieczkę w Jaseniki. Nie wiem dlaczego nigdy wcześniej nie wybraliśmy się tam, bo to przecież od nas naprawdę blisko. Do wyjazdu zachęcili nas przyjaciele, którzy byli tam latem. Trasa z Gliwic zajęła nam około dwóch godzin, a w Bieszczady ostatnio jechaliśmy chyba pięć i strasznie się dłużyło.  A to już Jaseniky właśnie-


W pewien sposób Jaseniki przypominają mi Bieszczady ..... choć to jednak nie to samo...ale zobaczcie sami.



Jeleni Studanka w oczekiwaniu na herbatkę z Kelly Kettle - (super sprzęt na wypady) wystarczy kilka gałązek i jest wrzątek :)



Ztracene kameny i Ztracene skały





 Stare słupki graniczne -1740


 I ostatni kadr z pierwszego dnia kamienny świątek przy parkingu na Skrtku - trochę przypomina Światowida, a jednocześnie ma jakiś taki falliczny kształt :)


Schronisko i restauracja na Seraku - to już drugi dzień wędrowania powoli łydki dają się we znaki ...a schodzenie po schodach to jakaś męczarnia... ech brak kondycji, ale to wszystko przez windy!!!!


 A w oddali widać Pradziada 



 Oj na szczycie zimno i nieźle wieje, ale za to jakie widoki...






Trzeci dzień - niedziela i spory tłum turystów w Karlowej Studance... trudno było znaleźć miejsce dla samochodów nawet na płatnym parkingu, ale jakoś się udało.








W tym małym budynku jest pijalnia wody zdrojowej.


Jak widać zauroczyła nas drewniana zabudowa uzdrowiska i te okiennice....

Dla chętnych do odwiedzenia Jaseników przetartymi szlakami - krótki opis naszej wycieczki.

 Wybraliśmy trasę widokową ... odsłoniętymi grzbietami górskimi. Podjechaliśmy autobusem z Karlovej Studanki do przystanku Ovcarnia. Większość osób wychodzi stamtąd na Pradziada, który jest najwyższą górą na Morawach. My wybraliśmy trasę na południowy zachód w kierunku parkingu na Skritku, gdzie zostawiliśmy samochody. To chyba najlepsza metoda... najpierw kierowcy zawożą samochody na miejsce docelowe, zostawiają tam samochody i wracają razem jednym do punktu wyjścia na trasę. Po drodze była Jeleni studanka (kamienny szałas przy źródełku), Ztacene kameni i Ztracene skały.
Drugiego dnia podjechaliśmy pociągiem, który okazał się autobusową komunikacją zastępczą (remont torów). Pod dworzec podjechały trzy autobusy = wagony. Najbardziej nam się spodobał wagon bagażowy czyli mały busik . Dojechaliśmy do Ramzowej, a stamtąd wyciągiem krzesełkowym z przesiadką aż na Serak. Trochę zmarzliśmy na wyciągu, temperatura była bliska 5 st. C. Próbowaliśmy się rozgrzać na górze w schronisku, ale tam w restauracji był niezły tłum.... a w barze można się było tylko napić gorącej kawy. Niestety dla dzieci nie było herbaty ani gorącej czekolady, coś tam się zepsuło.... i została kofola z wrzątkiem !!!!! Ale przynamniej chwilę odtajaliśmy w ciepłym pomiesczeniu i potem na szlak. Trasa w miarę łatwa przez Keprnik, Vozkę i Cervena Horę i zejście do Cervenohorskego Sedla, gdzie stały już  zawiezione tam wcześniej rano samochody.
Trzeci dzień to krótki wypad do Karlovej Studanki.
Zachęcam do wybrania się w Jaseniki.

P.S.
Chodzimy w gry z przyjaciółmi, którzy mają dzieci w podobnym wieku... Jak wiadomo nie ma niczego gorszego niż nudzące się dziecko i pytania jak długo jeszcze.... dlatego kiedy są rówieśnicy dużo szybciej mija im czas.... czasami tak bardzo potrafią się zagadać, że nawet nie zauważają kiedy już stają na szczycie góry.  W miarę dorastania tylko tematy dyskusji się zmieniają... Czasami trzeba stosować środki dopingujące lub może turbodoładowanie czyli czekoladkę albo żelki :). Na dorosłych to też działa. Piosenki marszowe, przy dłuższych trasach po płaskim też się przydają :) pod górę nie polecam śpiewania :))))
 Cieszę się, że nasze w zasadzie dorosłe córki  jeszcze chcą z nami jeździć na wycieczki.